Płyta odnalazła mnie z półrocznym opóźnieniem w zgiełku pracy, obowiązków i odsłuchiwania kolejnych niezależnych midwest emowych kapel. Zdaję sobie sprawę, że może nie jest to najambitniejszy czy obiektywnie najciekawszy album minionego roku, ale stał się moim wyciszeniem i chwilą na zebranie myśli podczas nerwowego stania w korkach w ponure zimowe wieczory.
Płyta zapewniła mi odpowiednią dawkę nostalgii, która w 2021 roku spadła w moim organizmie do niebezpiecznie niskiego poziomu. Duet powrócił z nową muzyką po dwunastu latach i zrobił to z wielką lekkością – ma się wrażenie, że materiał został nagrany zaraz po Declaration of Dependence. Nie zabrakło współpracy z Leslie Feist, która na szczęście zdaje się być już standardem przy kolejnych projektach KoC.
Nowi “Królowie wygody” to jazda na wypracowanym patencie, na który słusznie sobie zapracowali. Powroty po latach bywają różne. Panowie jednak nie zapomnieli o swojej autentyczności sprzed lat, która sprawiła, że pokochałem wtedy ten projekt od pierwszego wejrzenia.