Henry No Hurry – Koniec z panem

Twórczość Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego śledzę od lat i mimo, że za opus magnum tego artysty zawsze będę uważał „Siły Grawitacji” z 2009 roku, to cieszę się, że solowy Henry No Hurry postanowił wrócić do tamtych korzeni i znów zaśpiewać całą płytę w ojczystym języku.

„Koniec z panem” to typowy scenariusz na jednego aktora. W swoich kameralnych koncertach Wawrzyniec siada z gitarą przy pianinie i snuje intymną opowieść używając przy tym szeregu efektów, z których najważniejszym dla całej narracji zdaje się być ten zapętlający kolejne zagrane przez niego frazy.

Próbuję odszukać emocje, które towarzyszyły mi gdy siedziałem na podłodze jednego z trójmiejskich mieszkań i popijałem bezalkoholowe piwo wsłuchując się w przekaz jaki Wawrzyniec wystosowywał wtedy swoim domówkowym występem.

W obliczu kończącego się roku trafiając na dźwięki tej płyty, na nowo szukam ich sensu. Przecież całokształt twórczość Stachury, do którego artysta bezpośrednio odwołuje się na końcu albumu jest nieustannym konfliktem. “Już się z jeden robi dwa”. A przecież o wiele częściej z dwa robi się jeden!

„Koniec z panem” to niby radosny album. Przyznaje to nawet sam muzyk twierdząc, że jest na nim tylko kilka mollowych akcentów. Ja jednak usilnie doszukuje się w nim pewnej dwubiegunowości. „Uciekłem z raju / Tak na życzenie bez pytania”. Słucham hitu, w którym gościnnie wystąpił Michał Kowalonek i przekornie zastanawiam się jakim masochistą trzeba być, żeby dobrowolnie opuścić takie miejsce.

Po czasie dochodzę jednak do wniosku, że nie jest to album ani smutny, ani radosny. Jego wymiar jest najzwyczajniej w świecie oczyszczający. Henry No Hurry zawiera w nim 48. minutową receptę na odnalezienie własnej „niepoprawnej zgody na ten świat”.