Londyńska kawiarnia w SOHO inspirowała już wielu, lecz dopiero trio Cristante, Tarik, Fenton zdołało poważnie zdominować moje muzyczne wybory i zmienić nastawienie do koncepcji tworzenia.
Muzycy na nowym albumie wygładzili brudne i zwięzłe brzmienie z dotychczasowych garażowych albumów. Pozorna amatorskość i prostota indie rockowego grania zdaje się być na „Tracey Denim” bardziej wyszlifowana. Pozostawia w utworach jednak coś z charakterystycznej dla zespołu niecierpliwości. To właśnie ta konsekwencja podążania za ascetyczną formą odwróciła moje postrzeganie muzyki gitarowej do góry nogami.
Przy mikrofonie muzycy utwierdzają charakterystyczne dla siebie wrażenie kolektywności grupy, uzupełniając narrację wokalnym dialogiem. Ta mieszanka stylów niezwykle wpasowuje się w dychotomiczną naturę przepełniającą warstwę liryczną płyty.
Dawno nie wyczekiwałem na nową muzykę, tak jak przy „Tracey Denim”. Idealnie dobrane single nie przyćmiły wrażenia jakie zostawia po sobie longplay, choć faktycznie wytyczają swoiste kamienie milowe tracklisty. Płyta już w maju wkradła się na miejsce mojego ulubionego krążka tego roku i nie wiem czy ktoś będzie jeszcze w stanie temu „pole position” zagrozić.