Londyńska kawiarnia w SOHO inspirowała już wielu, lecz dopiero trio Cristante, Tarik, Fenton zdołało poważnie zdominować moje muzyczne wybory i zmienić nastawienie do koncepcji tworzenia.
W oczekiwaniu na longplaya londyńskich protegowanych Deana Blunta noszących nazwę popularnego baru w SOHO o wdzięcznej nazwie “Italia”, niewiele w moich playlistach jest teraz nowej muzyki. Rzutem na taśmę pierwszego kwartału, załapała się do nich jednak nowojorska mathrockowa kapela Fake Pollocks.
Twórczość Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego śledzę od lat i mimo, że za opus magnum tego artysty zawsze będę uważał „Siły Grawitacji” z 2009 roku, to cieszę się, że solowy Henry No Hurry postanowił wrócić do tamtych korzeni i znów zaśpiewać całą płytę w ojczystym języku.
Na swoim trzecim albumie nowojorska artystka kondensuje kreujący się na przestrzeni poprzednich płyt styl, wplatając charakterystyczne dla jej muzyki oszczędne wstawki pianina czy sekcji dętej. Ten minimalistyczny eklektyzm stanowi o sile jej artystycznego przekazu, uzupełniając wyeksploatowane, klasyczne brzmienie gitary.
Do zespołów nazwanych mianownikiem liczby mnogiej (z małym twistem w zapisie) dołączają VVYDMY. Projekt ten to zgrabny powrót na trójmiejską scenę dwóch utalentowanych muzyków – Jakuba Nowaka i Szymona Drwala.
Drugi krążek Gwenno Mererid Saunders to moje pierwsze spotkanie z muzyką walijskiej artystki piszącej swoje płyty w języku kornijskim. Album kupił mnie swoim openerem – “An Stevel Nowydh” (ang. “The New Room”) to zdecydowanie najlepsze rozpoczęcie płyty tego kwartału.
Miałem okazję odświeżyć sobie dyskografię Spiritualized lecąc porannym lotem do Frankfurtu. Zerkałem od czasu do czasu jak świat za oknem budzi się do życia i przysypiałem do dźwięków ”Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space”.
Nie byłem nigdy przekonany do twórczości tej małopolskiej grupy – najnowszy album otworzył mi jednak głowę i pozwolił w końcu zrozumieć ich muzykę.
Płyta odnalazła mnie z półrocznym opóźnieniem w zgiełku pracy, obowiązków i odsłuchiwania kolejnych niezależnych midwest emowych kapel. Zdaję sobie sprawę, że może nie jest to najambitniejszy czy obiektywnie najciekawszy album minionego roku, ale stał się moim wyciszeniem i chwilą na zebranie myśli podczas nerwowego stania w korkach w ponure zimowe wieczory.
Świeże granie w pozornie utartym rockowym tonie okazuje się w przypadku Pastrów bardzo chwytliwe. Teksty Pascala nie mają w sobie grama niezręczności i pozostają w głowie na długie godziny.
Gdy pierwszy raz podszedłem do tej płyty, od pierwszych dźwięków zacząłem się zastanawiać, co mi się w niej podoba.
Dawno nie słyszałem świeżego rapu. Nie sądziłem, że przełomem okaże się dla mnie płyta neo-ulicznego Żyta na bitach wielkiego nieobecnego producenckiej sceny hip-hopowej w Polsce.
W lutym ukazał się długo wyczekiwany debiutancki album Jacoba Allena, londyńskiego muzyka znanego szerzej jako Puma Blue. Jego kariera jest kolejnym dowodem na to, że można zjednać sobie wielu słuchaczy wypuszczając tylko single czy epki.