Gdzieś w komentarzach na facebooku przeczytałem, że nowy album Arctic Monkeys jest słaby, bo przecież każdy utwór jest taki sam. I generalnie nie ma się czym ekscytować, bo jest zwykłą “pościelówą”. W sumie spodobało mi się takie określenie. Album faktycznie jest nastrojowy – ale to chyba dobrze, nie?

Przyznam, że Arctic Monkeys zawsze było dla mnie lekko męczące. Mam swoje ulubione utwory, których słucham z lekkością. Mam też takie, które zwykle omijam. Już taki jestem. Niektóre aranże mnie przytłaczają i bywam “małpkami” po prostu wymęczony. Między innymi przez taką specyfikę ich muzyki, długo nie rozumiałem fenomenu 505. Spokojnie. Już rozumiem.

Po pierwszym odsłuchu Tranquility Base Hotel & Casino myślałem, że z tym albumem będzie podobnie. Dlatego zdziwiłem się gdy kolejnego dnia podszedłem do niego na nowo. Golden Trucks trochę swoją monotonnością oddaje stan, o którym pisałem. Ale po osłuchaniu się z albumem, nie odnoszę już takiego wrażenia.

Four out of Five za pierwszym razem nie siadło mi tak bardzo jak wszystkim. Za trzecim, chyba nawet przełączyłem go w połowie. A teraz, po obejrzeniu na nowo teaser’a i przesłuchaniu go przy okazji premiery teledysku, głupio mi, że wcześniej napisałem “Four out of Five mi nie siadło”. Gdy w słoneczny poranek 11 maja, włączyłem sobie Tranquility Base Hotel & Casino, pomyślałem, że ten album też mnie swoją monotonnością nie oszczędzi. Trochę się myliłem. Jest naprawdę bardzo dobrze.

Album dość mocno odstaje od tego, do czego Arctic Monkeys nas przyzwyczaiło. I bardzo dobrze. Nie można robić ciągle takiej samej muzyki i fajnie, że wielu artystów pomału nas do tego przyzwyczaja. Łamanie stylów i tworzenie muzyki zupełnie do siebie niepodobnej jest czymś, co mi odpowiada.

Chociaż gdyby się tak zastanowić, to nie jest to coś aż tak zupełnie odmiennego. Mniej tutaj rockowego Arctic Monkeys, a górę bierze wpływ bardziej nastrojowego Alexa Turnera. Słyszę sporo podobieństw do twórczości z jego pobocznego projektu The Last Shadow Puppets. Nie jest to dla mnie żadnym problemem, ponieważ balladowy Alex Turner jest zdecydowanie warty uwagi. Lekkie i ciekawe kompozycje idealnie podkreślają warstwę liryczną, jednocześnie wpadając w ucho. Coś jak u Nicka Cave’a, tylko w o wiele luźniejszym i bardziej rozbudowanym stylu. No dobra, może trochę przesadzone porównanie, ale wiecie o co mi chodzi.

Według mnie jest to dobry album. Chętnie wrzuciłbym go na kasecie w odtwarzaczu jakiegoś starego samochodu. Takiego z vintage’owe drewnianą kierownica bez wspomagania. I pojechałbym w podróż gdzieś przez pola i łąki. Tak trochę w amerykańskim stylu, ale też trochę w europejskim. Bo słyszę tu wpływy jakiegoś Elvisa. Ale przede wszystkim Bowiego czy nawet Beatlesów.

A propos vintageowego stylu, to nie wiem czy tylko ja tak to odczuwam, ale dla mnie ta płyta ma w sobie trochę brudu. Tak jakby przy realizacji, ktoś chciał aby płyta brzmiała bardziej analogowo – nieszkodliwy szum w tle. Szczególnie słychać to na początku słuchania płyty. Potem jest się po prostu do tego przyzwyczajonym i nie zwraca się uwagi na ewentualne szumy. A może tylko mi tak się wydaje? Niemniej takie jest moje subiektywne odczucie i będę się go trzymał. Zwłaszcza, że miałoby to jakiś sens, w kontekście tematyki całego albumu.

Do Tranquility Base Hotel & Casino, przez najbliższy miesiąc, na pewno chętnie będę wracał. Między innymi przygotowując się do koncertu na Openerze. Z pewnością będzie to trochę inne show, niż to w 2013 roku. Myślę jednak, że dni do jego rozpoczęcia będę odliczał z taką samą radością, jak gdy robiłem to 5 lat temu.

 

Moi faworyci to:

One Point Perspective – świetny tekst, przyjemna melodia na zwrotce i genialny (dla mnie trochę nostalgiczny) bridge

Batphone – ciekawy riff, wokal trochę obok głównego rytmu – lubię takie rozwiązania

The World’s First Ever Monster Truck Front Flip – muzycznie słyszę tu dużo TLSP, a tekstowo dużo ciekawych odniesień