27 lutego budzik obudził mnie o 11:00. Miałem akurat wolny dzień i wiedziałem, że to będzie dobry dzień. Dzień, w którym zrobię pierwszy krok w kierunku spełnienia mojego kolejnego koncertowego marzenia. Zczyściłem konto do zera kupując bilety i włączyłem Gimme Shelter.

9 lipca budzik obudził mnie o 5:00. Miałem za sobą godzinę snu i wiedziałem, że to będzie ciężki dzień. Dzień, w którym zasnę na koncercie Stonesów. Zgarnąłem poduszkę i wyszedłem na pociąg.

***

Nigdy wcześniej nie byłem na żadnym muzycznym wydarzeniu organizowanym na stadionie narodowym, więc moje obawy przed doświadczeniem uczucia tzw. studni były duże.

Na tyle duże, że rozważałem nawet kupno biletu na koncert tej trasy w Londynie. Postawiłem jednak na wyjazd do Warszawy i zobaczenie historycznego koncertu w mojej ojczyźnie. A koncert The Rolling Stones niewątpliwie do takich należy. W dodatku kończył on całą trasę, co też dodawało smaczku.

Akustyka była faktycznie średnia. Przynajmniej na płycie. Nie wiem jak sytuacja wygląda w różnych miejscach trybun. Generalnie lepiej tam nie organizować koncertów. Ale co ja tam wiem. Ostatnio przekonałem się na własnej skórze, że niektórym agencjom zależy tylko na pieniądzach, a nie organizowaniu dobrych koncertów.

therollingstones_zespol

Mój odbiór koncertu jest na pewno lekko zaburzony przez zmęczenie spowodowane czterodniowym maratonem biegania i zapijania głodu Porterem, jakim jest Open’er.

W noc przed koncertem Stonesów spałem ratami – łącznie może jakieś 3 godziny. Przez to czas, który musiałem wystać zanim muzycy wyszli na scenę nie należał do najprzyjemniejszych. Niewyspanie i po-openerowe przeziębienie zrobiły swoje. Podczas supportu Trombone Shorty myślałem, że długo już nie wytrzymam i gdy tylko Stonesi zaczną grać, ktoś będzie musiał mnie podnosić z ziemi.

Tak się jednak nie stało. Gdy tylko dojrzałem na scenie Micka Jaggera wszystkie moje dolegliwości i obawy odeszły. Jak ręka odjął. Usłyszałem pierwsze dźwięki Street Fighting Man i dopiero wtedy dotarło do mnie na jakim koncercie tak naprawdę się znalazłem. Nie byłem na byle jakimś tam rockowym gigu. Byłem na koncercie Najlepszej Kapeli Świata.

mickjagger_na_scenie

Cóż mogę powiedzieć o secie. Nie różnił się wiele od innych zaprezentowanych podczas tej trasy. Bitch oczywiście na plus. Bardzo zainteresowały mnie również wizualizacje. Zauważyłem, że ostatnio zwracam na to sporo uwagi. The Rolling Stones pokazują, że wizuale mogą ubogacać nawet rockowy występ. Scena stworzona z czterech pionowych telebimów bardzo temu sprzyja. Przekaz z kamer pozwala z większą dokładnością zobaczyć artystów, przy czym od czasu do czasu obraz wzbogacany jest filtrami czy animacjami. Dla mnie wszystko razem tworzy wspaniały efekt i bardzo udane show.

Mimo słabej akustyki Narodowego, wyraźnie było słychać, że dźwiękowcy Stonesów nie żałują przebicia Keithowi i Ronowi. W Start Me Up czy Jumpin’ Jack Flash, każdy riff był wyraźnie słyszalny nad resztą instrumentów. Ciekawa praktyka, ale wszystko brzmiało świetnie.

Jak on to robi?

Mam na myśli oczywiście Micka Jaggera. To z jaką energią rusza się na scenie w wieku prawie 75 lat jest godne podziwu. Nie zgadzam się z komentarzami, które piętnują obecną działalność koncertową Stonesów. Podczas wydarzenia nie nudziłem się nawet przez chwilę. Każdy z członków zespołu nadal wydaje się czerpać przyjemność z gry. Co prawda najgorsze wrażenie pozostawia Charlie Watts, ale można na to przymknąć oko. Keith, Ron i przede wszystkim Mick znacząco wyrabiają normę. Dopóki potrafią o własnych siłach wejść i zejść ze sceny, dając przy tym zadowalające, 2 godzinne rock’n’rollowe show – ja nie mam nic przeciwko ich koncertowaniu.

Warto również wspomnieć o stosunkowo obszernym kontakcie z publicznością w języku polskim. Zdarza się to w sumie bardzo rzadko. Zwykle muzycy nie porywają się na więcej niż zwykłe “dziękuję”. Oprócz Micka, muszę wspomnieć jeszczę Eddiego Veddera, który słynie ze swoich lingwistycznych popisów. Nikt więcej nie przychodzi mi do głowy.

To była naprawdę piękna noc. W ciągu dnia upał był prawie nie do zniesienia. Lecz za to noc była ciepła i przyjemna. Gdyby nie przeziębienie, które zaczynało mi się dopiero dawać we znaki, pewnie jeszcze lepiej bym ją wspominał. Był to dla mnie jednak bardzo ważny koncert i cieszę się, że mogłem zobaczyć na żywo tak wielki zespół jakim bez dwóch zdań jest The Rolling Stones.

uklony_zespolu