Jeżeli nie słyszeliście o Steve’ie Reichu (a jest taka możliwość, na szczęście taki rodzaj muzyki nie jest czymś mainstreamowym), to jest on miłym staruszkiem w czapce z daszkiem. Ale przede wszystkim innowacyjnym amerykańskim kompozytorem. Urodzony w 1936 roku, jeden z prekursorów muzyki minimalistycznej. W wieku 21 lat uzyskał licencjat studiów filozoficznych, po których rozpoczął kształcenie akademickie w kierunkach muzycznych. Trwało ono w sumie 9 lat, po których w 1966 utworzył swoją własną grupę składającą się początkowo z trzech artystów. Liczba ta stopniowo powiększała się, ostatecznie tworząc wybitny projekt dla osiemnastu muzyków.

Pierwsze poważne prace Steve’a Reicha takie jak It’s Gonna Rain, Come Out czy chociażby Clapping Music mogą wydawać się ciężkie i niesłuchalne, bo faktycznie takie są. Traktować należy je jako swojego rodzaju eksperymenty, które chcąc nie chcąc stały się kamieniem milowym w rozwoju muzyki minimalistycznej. Są świadomą eksploracją muzyki procesowej i oprócz technicznych niuansów, niosą za sobą też niezwykle ciekawe historie.

Warto zobaczyć w jaki sposób muzykę Reicha, w swoich choreografiach interpretuje Anne Teresa De Keersmaeker. Dzięki temu łatwiej uzmysłowić sobie na czym polega dźwięczność tych z pozoru monotonnych kompozycji, jednocześnie podziwiając piękno tańca.

Different Trains to bardzo ciekawy koncept, który powstał w głowie kompozytora dzięki podróżom, które jako dziecko odbywał pociągami między Nowym Jorkiem a Los Angeles. W czasie, gdy on podróżował pociągami między dwoma wybrzeżami Ameryki, w innej części świata Naziści wywozili pociągami ludzi do obozów. Gdyby przebywał wtedy w Europie, prawdopodobnie podzieliłby ich los ze względu na swoje żydowskie pochodzenie. Po latach uświadomił sobie, że może wykorzystać nagrania ludzi, którzy przeżyli tę tragedię. Muzycznie cały koncept oparty jest na dopasowaniu dźwięków pod wypowiadane kwestie (tzw. overdubbing). W ten sam sposób zrealizowany jest projekt WTC 9/11, który ponownie nie podejmuje błahej tematyki. Opera The Cave również opiera się na tym samym schemacie i znów jest czymś niezwykle interesującym. Polecam obejrzeć nagrania, ponieważ jest to przykład niezwykle innowacyjnego podejścia do komponowania, z jednoczesnym zachowaniem ogromnego wyczucia stylu.

Jeżeli prześledzimy karierę Steve’a, zauważymy, że tak jak w swoich utworach stosuje pewną gradację dźwięków, tak samo w przeciągu jego kariery, kolejne projekty gradualnie wynikały z poprzednich. Pierwsze procesowe eksploracje wyewoluowały w kompozycje opierające się na bardziej klasycznych, dźwięcznych schematach. Pisanie muzyki pod wypowiadane kwestie było pierwszym krokiem do powstałej później multimedialnej opery.

Tym co zachwyca mnie w jego twórczości, jest to, że minimalizm może być aż tak złożony. O ile wiele minimalistycznych kompozycji nadaje się jako tło do nauki, to gdy tylko w playliscie przyjedzie czas na Steve’a Reicha momentalnie przestaję robić to, czym w danej chwili się zajmowałem, zamykam oczy i zaczynam kontemplować dźwięki. Chodź muzyka minimalistyczna może nie być dla mnie najlepszym wyborem podczas nauki, myślę, że jest dobrym sposobem na wpadnięcie w twórczy trans.

Bardzo cieszę się, że na ten rodzaj muzyki i kunszt Reicha natrafiłem w moim życiu stosunkowo szybko. Jego przyjazd do Polski w 2013 roku, był jednym z głównych powodów, dla których zadebiutowałem wtedy w roli festiwalowicza na Open’erze. Jest on wielkim kompozytorem i zobaczenie go na własne oczy było dla mnie czymś ważnym.

Gdy słucham Steve’a Reicha i spaceruję po zabieganych ulicach czuje się jak zawieszony między tłumami pędzących gdzieś ludzi. Zaczynam dostrzegać wszystko w innym świetle. Nawet chętnie czekam na zielone światło, żeby zauważyć jak wszystko wokół mnie porusza się do równomiernego rytmu muzyki. Gdy zza zakrętów odsłaniają się kolejne fasady budynków, ja specjalnie zmieniam trasę, żeby jeszcze przez chwile pomaszerować i nie musieć ściągać słuchawek.

Skłamałbym, gdybym napisał, że fascynuje mnie każdy jego utwór – ale takiej perełki jak Electric Counterpoint nie można przebić. I chyba rzeczywiście kontrapunkty są tym, co w muzyce minimalistycznej fascynuje mnie najbardziej. A szczególnie jeśli są one elektryczne.

 

fot. Bonnie Sheckter