Co prawda od Spring Breaka minęło już trochę czasu, ale pełnia sezonu festiwalowego dopiero przed nami. Mam nadzieję, że tym tekstem zachęcę Was do odkrywania nowych zespołów. Albo do odkrycia na nowo tych, które myślicie, że już odkryliście.

Na Spring Breaku gościłem po raz pierwszy. Nie wiedziałem czego się spodziewać po formule tego festiwalu. Koncerty trwają zwykle 30 minut i odbywają się w mniej lub bardziej znanych poznańskich klubach czy pubach.

opaska-spring-break-festival-2018

Line-up był dla mnie czarną magią. Spisem nazwisk, które mówią coś chyba tylko Arturowi Rojkowi. Co za tym idzie, odpowiednie przygotowanie było niezbędne. Starałem się przesłuchać ile tylko się dało. Niestety z powodu przytłaczającej ilości zespołów, moja selekcja czasem nie była zbyt szczegółowa. Zdarzyło się, że już po pierwszym utworze odrzucałem cały zespół. Bywa i tak.

Mimo to, poznałem w ten sposób sporo ciekawych projektów. Niestety ze względu na kolidowanie się niektórych z nich w line-upie, odległości między klubami czy inne nieoczekiwane przeciwności –  nie udało mi się zobaczyć wszystkich zespołów, które zakreśliłem czerwonym markerem w harmonogramie. Kilku znanych artystów odpuściłem, ale mimo to popularne nazwiska w moim zestawieniu się pojawiły. W ogólnym rozrachunku dotarłem na 14 koncertów.

O jednym z ciekawszych, dowiedziałem się stojąc w kolejce na koncert Ali Zastary. Wdając się z pewnym miłym Panem w dyskusję na temat pojemności poznańskich klubów, dowiedziałem się, że warto wybrać się na koncert Huberta Tasa – występującego wraz ze Small Circle.

hubert-tas-and-the-small-circle

Hubert Tas & The Small Circle

Jest to 8 osobowa grupa utalentowanych instrumentalistów oraz DJ’a. Biorąc pod uwagę rady Pana z kolejki oraz to, że w Spring Breakowej playliście przemknęli mi jako ciekawa pozycja, zdecydowałem się pójść na ich koncert. Lokalizacją była Scena na piętrze – niezwykłe miejsce, które jest niczym innym… jak po prostu kameralną salą teatralną.

Nie wiem czy to moja muzyczna wrażliwość, czy procenty z wypitej wcześniej IPY, ale koncert był dla mnie świetny. Intrygująca, ale niezwykle trafiona fuzja instrumentów klasycznych przepleciona przeróżnymi samplami oraz skreczami. Coś cudownego. Zapewne najtrafniej byłoby to nazwać po prostu jazzem awangardowym.

W dobie cyfryzacji wszystkiego co się tylko da, bardzo doceniam kogoś, kto wyszukuje różne egzotyczne winyle, żeby potem samplować je do jazzowych kompozycji.

To co zobaczyłem podczas tego krótkiego koncertu, to niezwykły feeling wszystkich członków zespołu. W tak kameralnym miejscu jak Scena na piętrze można było dostrzec każdy grymas na twarzach muzyków. A przekrój emocji i tego jak swoją muzyczną wrażliwość poszczególni artyści uzewnętrzniają na scenie był duży. Widziałem tam radość, skupienie, ekspresję, smutek. Coś pięknego. Szeroki uśmiech Huberta Tasa podczas przekładania winyli, skupienie skrzypków podczas kolejnych taktów utworu, niezwykła wrażliwość trębacza czy energia i ekspresja perkusisty. To najważniejsze obrazy jakie rzuciły mi się w oczy podczas tego koncertu.

Na albumie jest również bardzo dobrze, ale jeżeli tylko będziecie mieli taką okazję, polecam zobaczyć ich na żywo.

Drugim koncertem, który wzbudził we mnie najwięcej refleksji były

Muchy

Koncert odbył się trzeciego dnia i tak naprawdę zamykały cały festiwal. Do opinii publicznej, informację o tym, że zagrają na Spring Breaku podano już w trakcie trwania imprezy. Wcześniej w line-upie ukryci byli pod slotem special guest. Swoją drogą ciekawe posunięcie, które bardzo szanuję.

Wracając do zespołu. Twórczość Much poznałem wraz z premierą albumu Chcecicospowiedziec. Były to czasy, gdy dość regularnie słuchałem Eski Rock, a głównie audycji “NRD” prowadzonej przez Roberta “Pegaza” Zawieję i Annę Nowaczyk. No i na tej liście przebojów dość długo utrzymywał się kawałek Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę. A był to dobry singiel.

Mimo to, do reszty ich twórczości nie byłem specjalnie przekonany. Coś mi w ich muzyce po prostu nie pasowało. Może dlatego, że nie byłem wystarczająco dojrzały, żeby ją zrozumieć? A może dlatego, że po prostu nigdy nie zadałem sobie trudu porządnego zagłębienia się w ich dyskografię.

Trochę się sobie dziwię, bo kochałem Bramafan (ale o tym innym razem), chętnie wracałem do Cool Kids of Death czy Neonów. A Muchy i ich debiutancki Terroromans prezentują przecież podobny styl.  

muchy-blue-note

Koncert na Spring Breaku wiele we mnie zmienił. Gdy wróciłem z Poznania, chętnie przesłuchałem ich cały debiutancki album, który stał się teraz moim ulubionym albumem Much. Wspaniały rock alternatywny, bardzo charakterystyczny dla pierwszej dekady XXI wieku. Co najważniejsze, wciąż interesujący i aktualny.

Muchy debiutowały w 2007 roku. Miałem wtedy 9 lat. A było mi teraz dane stać w Blue Nocie – w tłumie, którego średnia wieku wynosiła przynajmniej 30 lat. W tłumie ludzi, którzy odnajdywali siebie w ich muzyce, gdy mieli tyle lat co ja teraz. Piękna sprawa.

 

Wszystkie koncerty, na których byłem:

Kamil Pivot, Ala Zastary, Hubert Tas & The Small Circle, Otsochodzi, Natalia Moskal

Mikromusic, Kasia Tontor, LemON, Rogucki Solo, PRO8L3M, Bedoes

Coma, Bokka, Muchy