Po zeszłorocznym niezwykle udanym debiucie na Spring Breaku, w tym roku ponownie postanowiłem zarezerwować w moim kalendarzu końcówkę kwietnia i znów wybrać się do Poznania. Line-up śledziłem od połowy stycznia i skrupulatnie przesłuchiwałem kolejne ogłoszenia. Muszę niestety (lub stety) stwierdzić, że fascynowały mnie one o wiele bardziej, niż kolejne karty odkrywane między innymi przez Mikołaja Ziółkowskiego. Wiele alternatywnych znalezisk, warte uwagi debiuty, ale też kilka mocnych i cenionych przeze mnie nazwisk. Ta edycja Spring Break’a na papierze zapowiadała się niezwykle dobrze.

Dzień 1

Pierwszy dzień niestety mocno przypomniał mi o tym, że mimo wielu lat festiwalowego doświadczenia nie zawsze wszystko uda się przewidzieć. Niefortunny splot wydarzeń sprawił, że nie udało mi się wejść na czas do Sceny na piętrze podczas koncertu Hani Rani. Ostatnie tygodnie minęły mi pod znakiem intensywnej fascynacji jej muzyką i był to mój must see tego dnia – jeżeli nawet nie całego festiwalu. Niestety w dużej mierze przez swoją głupotę miejsce w kolejce zająłem sobie zbyt późno. Nie było wtedy żadnej alternatywy, więc po prostu w tej kolejce zostałem. Była to ogromna lekcja pokory oraz nauka walki z wyniszczającym gniewem. Udało mi się wejść do sali na dosłownie kilkadziesiąt ostatnich nut i były to jedne z piękniejszych dźwięków jakie usłyszałem podczas tegorocznej edycji tego festiwalu. Dźwięki smutku, zakropione konkretną nutą radości i zrozumienia. Odpuszczony koncert to nie koniec świata, a Hania w solowym akcie wciąż pozostaje na moim koncertowym bucket liście. Wierzę, że uda mi się w najbliższym czasie usłyszeć Esję na żywo.

Reszta koncertów tego dnia przyćmiona była niemiłą świadomością przegapienia wirtuozowskich popisów Hani Raniszewskiej. Mimo to mój koncertowy plan na resztę wieczoru wyszedł niemalże perfekcyjnie.

Julian Uhu, to ciekawy jazzowo-rapowy debiut — ze wskazaniem na zespół, który swoją jakością wyraźnie przewyższa dotychczasowe umiejętności i ogładę wokalisty. Nie mniej, jest to bardzo ciekawy projekt i chętnie będę śledził jego dalsze losy. Niemoc, dała standardowy już dla siebie popis solidnej elektroniki — mimo, że przecież dopiero promują swój debiutancki album. A koncertem Loru uzupełniłem sobie niedobór klasycznego wyciszenia i folkowej refleksji, którą planowałem zaspokoić koncertem Hani. Jagody i jej zespołu nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Trochę trwało zanim doczekaliśmy się ich pierwszego albumu, ale za to płyta jest bardzo dojrzała i dopracowana. Koncert jak zwykle magiczny.

Dzień 2

Kolejny dzień to moc wspaniałych koncertowych przeżyć, z których chciałbym wyróżnić głównie trzy.

Na początku zachwycił mnie Postman, którego muzykę odkryłem dzięki ogłoszeniu go na tym festiwalu. Zwykły facet z gitarą. Stał sobie w Psie Andaluzyjskim i grał. A grał tak, że zdobył moje serce. Trochę po angielsku, trochę po ukraińsku — a momentami nawet po polsku. Przyjemny koncercik i dobry start w drugi dzień festiwalu.

Potem było Variete, czyli niedocenieni przedstawiciele polskiego cold/new waveu. Klasyka polskiej muzyki i chociażby dlatego takich koncertów się nie odpuszcza.

Mimo wszystko najlepszym koncertem tego wieczoru był dla mnie występ zespołu Wczasy. Ogłoszono ich w jednym z pierwszych rzutów, dlatego byli moją pierwszą motywacją dla pofatygowania się do Poznania. Wspaniałe trzy miesiące oczekiwania.

Jest coś takiego w tym Blue Nocie, że koncerty wychodzą tam niezwykle emocjonalnie i intymnie. Świetnie, że chłopaki zagrali właśnie tam.

Dzień 3

Ten dzień, zaczął się od uczty pierogowej, mimo, że wcześniej na obiad zjadłem już pyszny ramen. Miałem tego dnia tylko jeden priorytet i były nim trzy osoby. Pan Stanisław, Pan Kuba i Pan Mati. Jednym słowek – Holaki. Koncert, na który mocno się cieszyłem. O mojej fascynacji osobą Mateusza Holaka już kiedyś pisałem, więc naturalnym jest, że projekt, w którym na jednej scenie, w jednym czasie przebywa jeszcze jego tata i brat musiał przyciągnąć mnie do pierwszego rzędu.

A teraz już na serio. Był to prapremierowy koncert promujący ich debiutancką płytę Niewidzialna droga do domu. Wiedziałem, że koncert będzie dobry, ale nie wiedziałem czego się spodziewać. W zamian otrzymałem imponującą scenografię, dopracowane wizuale i spójny muzycznie koncert. Wszystko minęło jak wciągający serial. Interesująco i zbyt szybko. To chyba pierwszy koncert jaki kiedykolwiek zbingeowałem. To chyba dobrze, bo zdaje się, że taki Panowie mieli zamysł.

Reszta wieczoru minęła mi pod znakiem dobrej imprezy i networkingu. Tej części nie zrelacjonuje, bo trzeba ją przeżyć osobiście. Kto kocha festiwale, a jeszcze nie był w Poznaniu, powinien to jak najszybciej naprawić. To z kim widzę się za rok?

 

Wszystkie koncerty, na których byłem:

Szklane Oczy, Julian Uhu, Niemoc, Lor

Misia Furtak, Postman, Emil Blef, Variété, Wczasy, Peja & RPS Band, Rebeka

The Dumplings, Holaki, Sokół, XXANAXX, Jaaa!, Zamilska