Dziś o zapachu i wspomnieniach. Trochę też o kolekcjonowaniu płyt w bibliotece Spotify i przede wszystkim przepięknym krążku Kings of Convenience z 2004 roku.

Poniżej znajdziecie odnośniki to materiałów, o których wspominałem w podkaście – wraz z ich umiejscowieniem czasowym.


13:10

14:00

14:12

15:45

 

Poniższe rozważania są transkrypcją #15 odcinka mojego podcastu. Do odsłuchania we wszystkich popularnych serwisach streamingowychJeżeli słuchałeś ich w wersji audio, to dalej w tym wpisie nic nowego już nie znajdziesz. A jeżeli jeszcze nie słuchałeś, to do tego Cię zachęcam. Możesz kliknąć o tutaj!

 

Dlaczego zapach przywołuje wspomnienia?

Dzisiaj nie wiedziałem za bardzo o czym wam powiedzieć, a wieczorem gdy przyszedł czas na kolację i szukałem sobie jakiegoś akompaniamentu do gotowania parówek, podcasty wszystkie posłuchane, a nie planowałem jakiegoś wielkiego pichcenia, tylko szybką przekąskę więc idealnie na 2 – 3 utwory. 

Ale nie wiedziałem, czego chcę posłuchać– wychodzi na to, że znowu trochę utknąłem. Czytam o nowej muzyce i sprawdzam ją chętnie, ale wracam do podobnych rzeczy. Mam taką playlistę z czerwca tego roku, bo stwierdziłem, że zacznę robić sobie miesięczne playlisty, jako, że nigdy tego nie robiłem. I czerwiec był jednym z takich pierwszych miesięcy, w których sumiennie udało mi się to zrobić. Po prostu dodawałam tam wszystkie utwory, które przede wszystkim odkryłem – które stanowiły dla mnie jakąś nowość. Czy to przez algorytm spotify, czy jakieś inne źródła – nieważne to w jaki sposób do nich dotarłem, po tam wpadały. Ale tylko te utwory, które w jakiś sposób mnie zainteresowały i ciekawiły. Cel był taki, żeby ta playlista nie była takim gniotem, tylko żeby naprawdę każdy utwór miał w sobie “to coś”, co intryguje słuchacza. Żebym dając na shuffle, zawsze trafił na coś ciekawego. I oprócz tych utworów, które czy to znalazłem w odkryj w tym tygodniu na Spotify, czy przeczytałem gdzieś na jakimś blogu lub usłyszałem w podcaście, czy może jakieś nowe wydawnictwa lub stare piosenki, które jakoś w klimat tego czerwca i jego nastrój się wpasowały. Tak, żebym za jakiś czas mógł do tej playlisty wrócić i sobie przypomnieć jak wtedy się czułem, jakie wtedy myśli chodziły mi po głowie i przede wszystkim czego słuchałem.

I to jest bardzo ciekawa rzecz, o której można by opowiedzieć nawet trochę szerzej, ale złapałem się na tym, że tej czerwcowej playlisty słuchałem bardzo często, w sytuacji gdy nie wiedziałem konkretnie co miałbym słuchać. I właśnie dzisiejszego wieczoru, wszedłem sobie w listę płyt, które mam zaserduszkowane. Swoją drogą, nie wiem czy też tak macie, ale ja dodaję tam dużo rzeczy w celu późniejszego zapoznania się z płytą, a potem jakoś specjalnie się nimi nie interesuje. Czy to nie mam ochoty, czy pyta mi nie siada – ale te tytuły cały czas mi tam wiszą w tej bibliotece. Nie wiem czy to jest w sumie dobra praktyka, bo potem gdy chcę wrócić do moich ulubionych płyt, muszę się przekopać przez masę wydawnictw, których albo nigdy ostatecznie nie sprawdziłem lub co gorsza, nie przypadły mi do gustu.

Więc nie wiem czy to jest w sumie taka dobra praktyka. Może takie pojedyncze perełki warto wrzucać do tych miesięcznych playlist, a te płyty, które zalegają w naszej bibliotece streamingowej tylko dlatego, że mieliśmy do nich wrócić później, czy nawet posłuchaliśmy ale do nich nie wracamy – po prostu usuwać. Tak, żeby zrobić z tej biblioteki płyt trochę taką półkę z płytami w domu. Gdzie dokupujemy głównie takie krążki, które w jakiś sposób są dla nas ważne. Żeby gdy wchodzimy w tę listę ulubionych płyt mieć przejrzysty ogląd na to jakie płyty reprezentują nasz gust i upodobania. A u mnie jest w niej dużo płyt, które znalazły się tam na doczepkę. Dodałem je tam na zasadzie posłuchaj później, a nigdy ich tak naprawdę nie posłuchałem. 

No i właśnie przekopywałem się dzisiaj przez tę listę i natrafiłem na płytę Kings of Convenience, Riot on an empty street i stwierdziłem, że to jest chyba ten czas, żeby w końcu do tej płyty wrócić i trochę wam o niej opowiedzieć.

Jest to taki album, do którego ciężko mi się wraca. Związane z nią jest jakieś takie ogóle mgliste wspomnienie minionego czasu, które przywołuję niechętnie, mimo tego, że jest ono jakieś traumatyczne czy nawet smutne. Nie wiem dlaczego tak mam. Też w nawiązaniu do tego o czym wspominałem w poprzednim odcinku o Open’erze. Jeśli nie słuchaliście to zapraszam, bo jest to myślę ciekawe podsumowanie mojej kariery festiwalowej. I z tego co mówiliście, to wam też się podobało 🙂 

Nie zdradzając zbyt wiele, dla tych, którzy nie słuchali jeszcze tego odcinka – chodzi mi o fragment, w którym opowiadam o roku 2013 i koncercie Arctic Monkeys, na który bardzo chciałem pójść, bo miałem takie wrażenie, że jeśli mnie on ominie, to potem przez długi czas nie będę mógł ich słuchać, ponieważ w pamięci będę miał to, że ten koncert mi umknął.

A tutaj z tą płytą jest podobnie. Znowu ma miejsce to socjologiczne rozważanie, związne z tym, że tej płyty słuchałem prawie 3 lata temu, już trochę po tym jak w znaczącym stopniu usamodzielniłem się w życiu, zostawiając za sobą ważne dla mnie osoby, miejsca i wspomnienia. I jakoś ta płyta wtedy wpadła mi w ręce, dużo jej słuchałem. Kojarzy mi się z deszczową jesienią, początkiem zimy jeszcze wtedy nawet trochę śnieżnej. I generalnie mam z nią dobre wspomnienia – nie wiem dlaczego tak z pewnym smutkiem do niej wracam. Ale coś w tym jest, że muzyka niesamowicie przewodzi różne emocje, myśli i wspomnienia, nawet podświadome. To są takie uczucia, które nie do końca da się opisać słowami, bo mam uczciwie muszę przyznać, że mam teraz problem w stwierdzeniu dlaczego ta płyta jakoś smutno we mnie rezonuje. 

Dzisiaj pierwszy raz od dawna posłuchałem jej w całości i na jednym odsłuchu się nie skończyło. Ale towarzyszyło im takie nostalgiczne uczucie – ta muzyka jest po prostu ckliwa, może trochę też tania w przekazie, ale to wszystko do mnie trafiało i nadal trafia. I mam nadzieję, że taki moment przełamania, w którym ta płyta zacznie mi się trochę inaczej kojarzyć nastąpi. Tak samo mam np. z Spandau Ballet, których to płyt słuchałem w dużej częstotliwości w tym samym mniej więcej okresie co Kings of Convenience i te wszystkie hity takie jak Gold czy True, mimo, że pamiętam je jeszcze z zamierzchłych czasów, to gdy słysze je teraz mam przed sobą obraz 2017 roku.

Jest to bardzo ciekawe uczucie i nie wiem nawet jak je opisać. To jest coś bardzo ciekawego i rezonuje to z takim uczucie, jak byście poczuli zapach perfum waszej mamy czy dziadka, który pamiętacie z lat przedszkolnych. To jest niesamowite w muzyce, już o tym chyba wspominałem i pewnie niejednokrotnie jeszcze o tym będę powtarzał, że muzyka z zapachami ma wiele wspólnego. Bo przywołuje różne emocje i wspomnienia. No zapachy robią to jeszcze dostaniej, bo nic tak nie przywołuje wspomnień jak węch. Mam na myśli coś co nazwane jest efektem Prousta. To jest bardzo ciekawe, bo czując różne specyficzne wonie otrzymujemy sygnał bezpośrednio do mózgu, omijając tzw. wzgórze, czyli część naszego mózgu odpowiedzialną za rozdysponowanie informacji do odpowiednich jego części. Węch pod to nie podlega, dlatego tak gwałtownie i trwale możemy konkretne zapachy przywoływać i kojarzyć z konkretnymi zdarzeniami i wspomnieniami. Jeżeli chodzi o inne zmysły, to ten proces jest wydłużony o przepływ informacji przez międzymózgowie. I tak będzie we wzroku, smaku i słuchu także. A w przypadku zapachów ta reakcja jest momentalna. 

I może trochę teraz o samej płycie. Pamiętam, że gdy słuchałem jej za pierwszym razem i gdy słucham jej teraz muszę stwierdzić, że jest ona niezwykle słuchalna. Rozwiązania zastosowane na niej są dość proste, bo jest to po prostu dwóch chłopców śpiewających i grających na gitarach. Nawet może nie w jakiś skomplikowany sposób, ale niezwykle to urzeka i jest bardzo przystępne.

Jest to taki indie pop/indie folk – bardzo oszczędny w formie. Czasami pojawi się jakaś trąbka, skrzypce czy pianino. Od czasu do czasu wspomaga ich trochę więcej perkusji, ale brzmi to niesamowicie. I mimo, żę czasami mam wrażenie, że można by się w niektórych miejscach tej płyty pokusić o bardziej rozbudowane aranże, to szanuję jednak to, że ta płyta w takiej formie została zrealizowana. I myślę, że właśnie w tej oszczędności jest klucz i dlatego ta płyta jest taka dobra. Każdy utwór jest warty uwagi i nie chce się tej płyty skipować – nie chce się żadnego utworu pominąć, bo praktycznie każda pozycja na tej płycie ma w sobie coś urzekającego.

Progresje są ułożone w taki sposób, że tak naprawdę każda zwrotka kończy się takim akordem, który w interesujący sposób zamyka narrację, ale z kolei otwiera. I chce się tego słuchać i słuchać, bo za każdym rokiem słuchacz napotyka muzyczną zagadkę, której wyjaśnienie i rozwiązanie chce poznać.

Są to trochę tacy współcześni Simon & Garfunkel, którymi Erlend i Eirik się inspirują. Ale wg mnie jest to chyba nawet bardziej interesujące, na pewno z perspektywy współczesnego słuchacza jakim ja jestem, gdzieś te kompozycje bardziej do mnie trafiają niż muzykę tego klasycznego duetu. Przede wszystkim muzycznie jest to bardziej indie i celniej koresponduje z alternatywnymi folkowymi wpływami. To tak subiektywnie uważam, ale z tą inspiracją to jest sprawa obiektywna. I faktycznie jak posłuchacie Homesick, które zaczyna tę płytę to można mieć takie wrażenie. 

Zwłaszcza, że w pierwszej zwrotce Panowie śpiewają:

I’ll lose some sales and my boss won’t be happy
But I can’t stop listening to the sound
Of two soft voices blended in perfection
From the reels of this record that I’ve found

Znając kontekst biograficzny autorów, możemy wywnioskować, że te dwa delikatne głosy to właśnie Paul Simon i Art Garfunkel.

Warto również wspomnieć o świetnej okładce i sesji wykonanej do promocji tej płyty. Moja estetyczna wrażliwość jest przez tę oprawę wielce połechtana – tak samo teledyski stanowią małe dzieła sztuki i domykają narrację tej płyty perfekcyjnie.

Niezwykle trafne są również gościnne występy Leslie Feist z zespołu Feist. Na Know How, króciutkie cztery wersu zaśpiewane pod sam koniec stwarzają wspaniały klimat. I tak samo na zamknięciu tej płyty, czyli w utworze 12. pt. The Build up, gdzie z kolei ma już dla siebie całe outro. Dobrze wpasowała się w klimat tej płyty i wrażliwość jaką Erlend i Eirik reprezentują. W ogóle jest to wspaniałe Trio. Chciałbym, żeby jeszcze kiedyś nagrali razem jakiś album. Jest w internecie takie nagranie z ich koncertu w Paryżu, z klubu Bataclan, gdzie wykonują razem utwór Know How. Piękna to jest kolaboracja – wyważona i naturalna. 

Wyśmienite Riot on an empty street jest ich środkowym dzieckiem, bo wcześniej w 2001 roku wypuścili Quiet is the new loud, a w 2009 Declaration of Dependence. Ale to właśnie płyta z 2004 roku stała się tą perełką. 

Na razie panowie nie grają razem, Erlend solowo nie za bardzo mi przypada do gustu, chociaż jest niesamowitym człowiekiem i głównie w wywiadach to widać. Z kolei Eirik z zespołem Kommode wydał w 2017 bardzo dobry album pt. Analog Dance Music i klimatem koresponduje z tym co robił za czasów Kings of Convenience i to już polecam całym sercem sprawdzić.

Nie wiem czy znam bardziej poetycki i romantyczny zespół. Wszystko u nich jest wyważone, od tekstów, przez muzykę, introwertyczny i nieśmiały styl bycia Eirika i Erlanda, oprawę graficzną ich płyt, stylistykę teledysków. To wszystko razem do siebie po prostu autentycznie pasuje i właśnie ta autentyczność jest kluczem do pokochania ich muzyki.