Open’er to od 5 lat stały punkt moich wakacji. Cieszę się, że jestem Gdynianinem i mogę utożsamiać się z tym miastem. Żyje się tu naprawdę świetnie, no i jest blisko do Kosakowa.

Moją relację oparłem na trzech punktach. Występie, który był według mnie najlepszy, największym koncertowy zaskoczeniu oraz rozczarowaniu tego festiwalu. Dorzuciłem do tego kilka luźnych przemyśleń, no bo jak to tak o Arctic Monkeys nic nie wspomnieć. No to zaczynamy.

Najlepszy koncert?

Zdecydowanie Nick Cave & The Bad Seeds.

Zahaczyłem o jego koncert na Open’erze 5 lat temu. Nie rozumiałem wtedy tego, co rozumiem teraz. I po prostu Nicka aż tak nie znałem. W tym roku już o wiele bardziej świadomy miejsce na jego koncercie zająłem sobie już o 18 (Noel akurat się fajnie ułożył, bo też chciałem go zobaczyć). Cieszę się, że byłem na tyle blisko, aby móc dokładnie dostrzec każdą zmarszczkę na jego twarzy. A może raczej perfekcyjnie nałożony makijaż.

Gość jest genialny w tym co robi. To jak uzewnętrznia swoje uczucia. To jaki ma kontakt z publicznością. Patent z podestami to mistrzostwo świata. Przy muzyce jaką wykonuje, jest to najlepsze co mógł wymyślić. Dzięki temu większość koncertu spędza wśród publiczności. To jak wyciąga rękę jakby chciał objąć tłum, ale jednak nikogo nie dotyka. Piękne.

#nickcave #badseedsontour #opener2018 #35mm

A post shared by Bogumił (@bogusjestsuper) on

To co robi zespół jest równie genialne z tym co robi Nick Cave na swoich podestach. Nie wiem jak oddać w słowach to co doświadczyłem. Każdy dźwięk był kojący, a monotonność kompozycji Cave’a po prostu piękna.

Set był świetny, show zjawiskowe, a band wspaniały. O samym Nicku chyba nic nie muszę pisać. Naprawdę najlpeszy koncert tego Open’era. Żaden koncert tegorocznej edycji nie ma startu do tego co zobaczyłem i usłyszałem podczas koncertu Nick Cave & The Bad Seeds.

 

Największe zaskoczenie?

To był jeden z tych koncertów na którego ogłoszenie zareagowałem umiarkowanym zadowoleniem. Szanuję Talking Heads, więc czemu nie miałbym zobaczyć Davida Byrne. Przemknąłem jednak szybko przez jego nową płytę tuż po premierze i oprócz Everybody’s Coming To My House nic specjalnie mi się nie spodobało. Powiedziałbym, że wręcz męczył mnie ten album i szybko go odrzuciłem. Może za szybko i niesłusznie? Nie wiem.

Wiem na pewno, że odrzucenie tego koncertu z mojej listy byłoby dużym błędem. A do drugiego dnia festiwalu chciałem go po prostu odpuścić. Bo akurat była wtedy fajna luka na piwko między MØ i Depeche Mode. Jednak gdy myłem zęby przed wyjściem, brat puścił na youtubie fragment koncertu Byrne’a z tegorocznej Coachelli. Spodobał mi się koncept. To wystarczyło. Na szczęście MØ dała słaby popis i bez żalu wyszedłem po niecałych 30 minutach.

Co do tej koncepcji. David Byrne przed widzem ukrywa całe nagłośnienie. Jedyne co widzimy to on i jego zespół. Wszyscy boso w szarych garniturach. Scena wydzielona jest kotarą z jakichś koralików czy czegoś takiego. No sztos.

david_byrneJest David, dwóch tancerzy i band – nagłośniony bezprzewodowo. Wszyscy biorą udział w jednym wielkim przedstawieniu. Choreografie może i nie trudne ale efektowne. Bieganie z gitarą, werblem czy klawiszem to serio duża umiejętność.

Bardzo cieszę się, że jednak pojawiłem się na tym koncercie, ponieważ wpisuje się on w moje TOP 3 tego Open’era. No i usłyszałem na żywo takie kawałki jak Once in a lifetime czy This Must Be The Place wykonane przez nikogo innego jak samego wokalistę legendarnego Talking Heads.

 

Największe rozczarowanie?

Taconafide.

W sumie to było do przewidzenia. W sumie to nawet nie chciałem być na tym koncercie. W sumie to nawet już nawet wyszedłem z Gorillaz. Ale spotkałem przyjaciela i jakoś dałem się przekonać. W sumie nic lepszego nie grało. PRO8L3M widziałem już 2 razy i nie miałem ciśnienia.

No i dostałem za swoje.

To czego nasłuchałem się podczas 30 minut oczekiwania na koncert dobiło mnie ostatecznie. Średnia wieku pod sceną? 16 lat. Świeżo upieczeni licealiści obrażający swoje byłe dziewczyny. Nastolatki ekscytujące się tym jak Que skoczył w publiczność na jakimś koncercie w Grudziądzu. Jacyś nafetowani gimnazjaliści podniecający się tym jakie to pogo rozkręcą gdy tylko zacznie się koncert. Tragedia. Śpiewanie Chryzantem złocistych czy Hej Sokoły żeby zabić nudę przed koncertem? Czemu nie…

Z każdą minutą moja irytacja powiększała się. Świadomość, że za 20 minut gra SG Lewis w Alterze nie pomagała. Gdy zaczęli grać zrobiło się trochę lepiej, bo serio lubię Taconafide (pisałem o tym tutaj) – chociażby pod względem producenckim. Ale nie chciałem brać udziału w tym spędzie. Poczekałem do Ekodiesla i uciekłem na SG Lewis. To była najlepsza decyzja tamtego wieczoru. Chociaż przepuściłem bliżej jakiegoś Pana z córkami.

 

No i co z tym Arcitc Monkeys?

Arctic Monkeys bez historii – widziałem już drugi raz i podtrzymuje moje zdanie. Bez szału. Może dlatego, że nie jaram się obsesyjnie. Lubię, słucham od dawna, ale koncerty nie porywają. 2013 bardziej rockowo i może gdybym miał trochę więcej lat, to skakałbym w pogo i byłby to mój koncert życia. Nie wiem. Jeżeli chodzi o tegoroczny występ, to był to po prostu poprawny koncert. Dobrze zagrany set i na tym koniec. Możliwe, że będzie mi dane zobaczyć ich jeszcze na żywo i mój ogląd na ich koncertowanie będzie pełniejszy. Na razie serio bez szału. Zerowy kontakt z publicznością, żadnego show. The Last Shadow Puppets chyba fajniej wypada na żywo. 

Chociaż typografia tego „neonu” jest bardzo ładna.

arcitc_monkeys

Czego żałuje?

Na pewno szkoda, że nie zobaczyłem Mount Kimbie – w całości i pod sceną, tak jak bym chciał. Za bardzo nawet nie pamiętałem czy byłem wtedy w Tencie. Ale byłem. Galeria w telefonie mi przypomniała. Nagrałem nawet filmik.

No i Silent Disco, do którego w tym roku niestety nie udało mi się dotrzeć. Miałem dobre intencje ale nie wyszło. Szkoda, bo zabawa jest tam czasem lepsza niż na niejednym koncercie.

 

W tym roku byłem bardzo zadowolony z zaproszonych artystów, przez co bawiłem się przednio. Zobaczyłem świetne koncerty, spędziłem czas z rodziną i przyjaciółmi. Do tego pogoda dopisała. Wszystko to sprawia, że była to dla mnie naprawdę udana edycja. Po zeszłorocznej line-upowej posusze potrzebowałem czegoś takiego.

A przed nami cały rok czekania na kolejnego Open’era, który zapewne znów minie szybciej niż się tego wszyscy spodziewamy.

Oto wszystkie koncerty na jakich byłem:

Bluszcz, Noel Gallagher’s High Flying Birds, Nick Cave & The Bad Seeds, Arctic Monkeys, Fleet Foxes

Rasmentalism, MØ, David Byrne, Massive Attack, Baasch

La Femme, Vince Staples, Gorillaz, SG Lewis

Kamil Pivot, Yung Lean, Bruno Mars, Post Malone