Ten tekst powstał w nocy z 1/2.03.2018.

***

Kocham The Smiths. Gdy uwikłam się w dyskusje o muzyce i pada pytanie jaki jest mój ulubiony zespół odpowiadam, że Joy Division i The Smiths. Także mimo mojego zamiłowania do twórczości Mozza i spółki, na jego solowy koncert specjalnie mi się nie spieszyło. Nie rozbiłem od razu banku, żeby czym prędzej kupić bilet – ale gdy już to uczyniłem poczułem ulgę. Na takie koncerty trzeba chodzić. Zawsze mówiłem sobie, że trzeba uszanować rozpad The Smiths i chciałbym zobaczyć na żywo chociaż tego Morrissey’a. Nie wiem dlaczego w ogóle mogłem się nad kupnem tego biletu zastanawiać.

Był to 1 Marca tego roku (2018 – przyp. aut.), pogoda mroźna – utrzymująca się w okolicach -3°C, ale to wystarczyło, żeby odwołać wszystkie zajęcia na uczelni. Większość dnia zgodnie z zaleceniem Morrisseya przeleżałem w łóżku, trochę poczytałem, ogarnąłem się i pojechałem na koncert. Academy Brixton znajduje się jakieś 4 minuty od stacji metra, więc serio rzut beretem. Albo w sumie kaszkietem. Takim brytyjskim.

Na miejscu wszystkim znany już klasyk. Szatnia, siku na zapas i piwo. San Miguel za godzinną stawkę i można ustawiać się pod sceną. Na 40 minut przed planowanym startem było jeszcze trochę luzu, więc zająłem całkiem spoko miejsce. Spijam tego lagera i jakiś gość zagaduje mnie, że czemu tutaj tak zimno. Faktycznie nie było za ciepło, bo niektórzy byli nawet w płaszczach. Oni też – bo gość był z żoną. I ta żona do mnie, że u nich w Kanadzie to mają ogrzewanie w klubach. No to tłumaczę im, że brytyjczycy to lubią jak jest im zimno, cały rok chodzą w krótkim rękawku, a w mieszkaniach nie mają kaloryferów. Od standardów grzewczych zręcznie przeszliśmy do muzyki i tego co w sumie robię na koncercie Morrissey’a, bo wyglądam dość młodo. Pokrótce wyjaśniłem. Okazało się, że widzieli na żywo dwa koncerty “Smithsów”. Przekazałem uszanowania, wymieniliśmy się poglądami co do ulubionych kawałków, poobgadywaliśmy Morrisseya – ogólnie bardzo miła pogawędka.

Moz w zwyczaju ma urządzanie projekcji przed samym wejściem na scenę. Koncepcja bardzo fajna. Jest to kompilacja różnych teledysków i scen z filmów. Po wszystkim jest się dość skonfundowanym, ale nie ma czasu na zbyt długą analizę, bo płynnie po projekcji rozpoczyna się koncert. Zaczął od The Last of the Famous International Playboys, przechodząc przez utwory z nowej płyty i klasyki takie jak Suededhead czy Everyday Is Like Sunday, wplatając w to dwa covery. Do setu nie ma się co przyczepić. Fajne wyważenie między Low in High School (który to album promuje ta trasa) i starszymi znanymi kawałkami. Z repertuaru The Smiths pojawiło się tylko How Soon Is Now, mimo, że na wcześniejszych koncertach z trasy grał również I Started Something I Couldn’t Finish. Chociaż po dość słabym wykonaniu How Soon Is Now może i dobrze, że sobie to odpuścili.

Sam koncert był dobry. Setlista ciekawie dobrana. Na duży plus przepiękna oprawa wizualna. Genialne czarno-białe zdjęcia będące częścią promocji nowego albumu.

Oprawa koncertu

Moja relacja z Morrissey’em nie jest prosta. Kocham go i szanuję za to kim jest i co zrobił dla muzyki. Respektuje ją i nie tworzy jej dla zabawy. Czasami jest może nawet nad wyraz poważny. Jego koncert wprawił mnie w pewną zadumę. W sumie mogę powiedzieć, że wyszedłem przygnębiony. Patrzyłem na niego i widziałem legendę. Momentami dość smutną legendę. Gdy pod koniec How Soon Is Now klęczał na podłodze, odwrócony do widowni plecami, było dla mnie w tym coś symbolicznego. Nie wiem czy było to autentyczne zachowanie. Nie wiem czy chciał nim wywrzeć jakiś przekaz, czy po prostu zabolało go coś w krzyżu. Mam nadzieję, że przypomniał sobie wtedy jak 32 lata wcześniej stanął po raz ostatni na tej samej scenie z Johnnym Marrem, Mikem Joycem i Andym Rourkem. Mam nadzieję, że przez jego głowę przeleciały wtedy wszystkie wspomnienia i dobre chwile jakie wspólnie przeżyli, gdy grali ten kawałek. I grali go tak jak należy. Z przejściami w odpowiednich miejscach i należytym feelingiem.

Zawsze sobie tłumaczę, że dobrze się stało, że The Smiths się rozpadło. Nagrali cztery znakomite albumy, zagrali “kilka” koncertów; nie dogadywali się, więc zakończyli współpracę. Nie zdążyli niczego zepsuć i urośli do skali legendy. Każdy poszedł w swoją stronę, z czego Moz zrobił najgłośniejszą karierę. W wywiadach mówi: “byliśmy młodzi, nie lubiliśmy się aż tak bardzo – było fajnie, ale cieszę się, że się rozpadliśmy”. Ale czy naprawdę tak myśli? Może po prostu nie chce się przyznać do błędu i tkwi w takiej narracji całe życie. Raz coś postanowił i nie chce zmieniać zdania. Umniejszać samemu sobie. Tego nie wiemy. Mam nadzieję, że chociaż sam Morrissey to wie.

***

22.05.2019

Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwy, że mogę do mojej koncertowej listy dopisać Morrissey’a – w końcu to wokalista legendarnego zespołu, który stał się moim ulubionym. Co prawda dziś z dużo większym uznaniem spoglądam na postać Johnnego Marra, którego uważam za najlepszego alternatywnego gitarzystę na świecie. Jego koncert jest następny w kolejce.

Wracając do Moza. Dzisiaj obchodzi on 60. urodziny i niech trzyma się w zdrowiu jak najdłużej. Widać, że bezmięsna dieta najwyraźniej mu służy. Życzę kolejnych trafnych anty-establishmentowych tekstów i może trochę mniej coverów, bo California Son nie zgarnia na razie najlepszych recenzji. I może jeszcze pojednania z Marrem. Nie wymagam wspólnego grania, a w sumie nawet bym tego nie chciał. Ale skoro Moz tak kocha ludzi, to może jest szansa na zwykły uścisk dłoni?