Wczoraj chciałem obejrzeć najgorsze pytania u Marcina Flinta. Akurat gościem był VNM, byłem ciekawy co raper o którym nawet wspominałem w poprzednim odcinku ma do powiedzenia, też w kontekście nowej płyty. Włączyłem ten filmiki i nie wiedziałem co się dzieję – a może lepiej: nie wiedziałem czego właśnie słucham. Obaj panowie siedzieli naprzeciw siebie, a brzmieli jakby co najmniej rozmawiali przez telefon. Jednym słowem produkcyjny kryminał. Ale od początku. 

CGM ma 141 tys. subskrypcji, i jest chyba medium aspirującym do bycia takim polskim NME (które też swoją drogą zeszło na psy i stało się bardziej portalem plotkarskim, niż poważnym magazynem muzycznym). I ten CGM, który wczoraj tuż przed snem podniósł znacząco moje ciśnienie, który z reklam i współprac na pewno na brak środków nie narzeka. Na youtubie ma zawsze dobre wyświetlenia i nawet nie jest medium aspirującym do portalu opiniotwórczego, bo po medium opiniotwórczym po prostu jest. 

I abstrahując od tego, że jednym z ich głównych redaktorów jest Marcin Flint, który sepleni – bo do tego akurat się nie przyczepiam, bo gość na prawdę bardzo dobrze w muzyce się orientuje i przede wszystkim ma do niej ciekawe podejście i dobrze, że takim osobom się daje szansę. Bo to jak on prowadzi rozmowy naprawdę może robić wrażenie. Potrafi słuchać swojego gościa i celnie dopytywać o kolejne rzeczy. Ale ktoś, kto dla sztuki dziennikarskiej jest bezwzględny, to by się do tego przyczepił. Tak jak kiedyś się przyczepiali do Anny Gacek, która całe swoje dziennikarskie życie spędziła w Trójce, a jednym z jej głównych znaków rozpoznawczych jest to, że nie wymawia głoski “R”. I wiele ortodoksyjnych krytyków zwracało na to uwagę, że jakim cudem uzyskała ona tzw. kartę mikrofonową – nie wiem swoją drogą czy wciąż wymaganą w Polskim Radiu, która zaświadcza o zdolności w pracy głosem.

Bez przesady, żeby aż tak się do tego przyczepiać, ale wada wymowy jest czymś co na starcie dyskwalifikuje wielu młodych dziennikarzy, którzy o pracy w radiu marzą. Nie przyczepiam się do Anny Gacek i Marcina Flinta personalnie, bo robią dobrą robotę, ale aplikując do radia czy do jakiejkolwiek innej pracy w mediach wymagającej posługiwania się głosem – pierwszą rzeczą jaką po CV trzeba wysłać jest próbka głosu. Więc mam tylko nadzieję, że osoby, te zostały do swojej radiowej kariery wybrane na podstawie obszernego warsztatu i wiedzy jaką reprezentują, a nie jakichś innych niejasnych powiązań. Akurat Marcin Flint i Anna Gacek się pod tym względem bronią.

Ale co jest przyczyną mojej dzisiejszej frustracji, to to, że w mediach nie przykłada się w ogóle uwagi do szczegółów technicznych. Młodzi muzycy, dziennikarze czy podcasterzy inwestują grube pieniądze w sprzęt, żeby czy to nagrywać płyty własnym sumptem w domowych studiach i robią to naprawdę wysokim nakładem finansowym żeby te nagrania były na jak najwyższym poziomie, czy to podcasterzy co chwile wymieniają sprzęt na coraz lepszy, uczą się software’u – programów do postprodukcji i montażu dźwięku. A w CGM-ie, mają to kompletnie gdzieś. Sprowadzają topowych artystów do swojego studia, mają porządny sprzęt, dobre mikrofony – których niejeden podcaster by pozazdrościł, mają dziennikarzy i renomę – bo muzycy, a przede wszystkim raperzy, którzy są tam najczęściej zapraszani znają ich opiniotwórczość. I panuje jakaś taka świadomość, że przy nowej płycie warto w CGMie się pokazać.

I jakim cudem nikt nie zadba o to, żeby jakość dźwięku prowadzonych tam rozmów była nawet nie na wysokim, ale jakimś standardowym poziomie. Jak można zepsuć dźwięk z porządnego pojemnościowego mikrofonu, nagrywanego z wielka wygodą w studiu. Ktoś przecież realizuje te rozmowy, odsłuchuje dźwięk na bieżąco, realizuje wideo. A wynik tej realizacji jest taki, że dźwięk jest przesadnie odszumiony czy bramka szumów jest ustawiona tak wysoko, że wszystko trzeszczy i brzmi jakby było nagrywane przez telefon, albo nawet i gorzej. I mimo to rozmowa ta ma 30 tysięcy wyświetleń. Nie wiem czy to świadczy o tym, że CGM trzymanie jakiegokolwiek poziomu ma tak bardzo gdzieś, bo wie, że to i tak zostanie potem wysłuchane. 

No ale kto ma pilnować renomy jak nie CGM? Bo nie rozumiem? Jak to jest, że taki wielki portal, przy którego produkcji pracuje wiele osób. Bo jest przecież realizator, który jest odpowiedzialny za rejestrację obrazu i dźwięku. Potem jest montażysta składający to wszystko razem i trzecia osoba – to ktoś, kto puszcza to potem do sieci. A nad wszystkim powinien czuwać redaktor naczelny czy nawet wydawca programu. I na tych wszystkich etapach produkcji jest zawalone po całości. I albo odpowiedzialna jest za to jedna osoba, która jest do tego jeszcze niedosłysząca. Albo CGM ma gdzieś już nawet nie tylko fanów – ale swój czas i przede wszystkim czas rozmówców. Nie rozumiem dlaczego, bo o wiele łatwiej byłoby przecież w ogóle nie zajmować się realizacją tego dźwięku, tylko puścić to tak jak jest – surowy plik. Zwykły zdrowy rozsądek. Chociaż w ogóle dziennikarska branża muzyczna nie jest zachęcająca i nie sprawia żadnych możliwości dla twórców, którzy chcieliby o muzyce mówić. Większość dziennikarzy muzycznych w Polsce robi to, bo kocha to robić – kochają po prostu o muzyce i historiach z nią związanych opowiadać – przybliżać ludziom różne nowe dźwięki. A nie ma z tego żadnych pieniędzy. 

Tak się zbiegło, że słucham ostatnio rozmowy z Bartkiem Chacińskim, w audycji u Pawła Klimczaka na falach Radia Kapitał.

I w tejże rozmowie dyskusja toczyła się tak naprawdę o tym, do czego dzisiaj nawiązuje – czyli kondycji polskiego dziennikarstwa muzycznego. Wracając jeszcze na chwilę do osoby Bartka Chacińskiego. Jest to dziennikarz Polityki, muzycznie znany przede wszystkim z bloga Polifonia, gdzie codziennie publikuje tam naprawdę treściwą notkę zawierającą konkretne rozważania na temat muzyki. Jest to faktycznie to przysłowiowe “mięso”, w którym co drugie zdanie dotyczy skomplikowanych odniesień i szeroko rozumianej faktografii, powiązań między artystami – tego jak różne rzeczy podobnie do siebie brzmią i jakie nurty reprezentują. I jego czytelnicy codziennie za darmo otrzymują takie wysoce złożone i zredagowane treści. Jest on naprawdę przedstawicielem dziennikarstwa muzycznego na najwyższym światowym poziomie. I robi to wszystko pro bono. Wychodzi na to, że dziennikarstwo muzyczne w Polsce rzeczywiście robi się z pasji – a CGM nie dosyć, że podejrzewam czerpie ze swojej działalności niemałe zyski, to ja u nich wielkiej pasji nie widzę.

Nie są medium, które na pewno nie musi się martwić o finanse – i na czym to polega, że w ogóle nie dbają o jakość treści, które publikują. Bo te ich rozmowy ostatnio w ogóle do odsłuchu się nie nadają. Jeszcze to nawet nie jest puszczone jako podcast – podejrzewam, że z powodów marketingowych, bo tylko youtube jest w stanie zapewnić jeszcze jakąś monetyzację.  Ale nie widzę naprawdę innego powodu, dla którego godzinne rozmowy miałby nie zostać wypuszczone w formie podcast, żeby słuchacz mógł sobie jej wygodnie odsłuchać nie męcząc się na youtubie całej godzinie przy youtubie. Ale nie zdziwilbym sie gdyby to było podyktowane po prostu kompletną nieznajomością rynku i potrzeb odbiorców, a nie kwestiami finansowymi. Wideo jest fajnym dodatkiem i przyjemnie jest zobaczyć jak dwie osoby ze sobą rozmawiają w studiu, ale nie jest to konieczne. Nie wiem na czym to polega. Każdy początkujący dziennikarz czy realizator na bezpłatnym stażu lepiej zadbałby o jakość tych materiałów i może nawet lepiej je rozpromował. Na portalu internetowym też mają w ogóle nie zredagowane wpisy z literówkami – już nawet pomijam tematykę tych treści, bo ewidentnie aspirują bardziej do Pudelka czy innego Pomponika, niż NME i Pitchforka. Chociaż do NME może faktycznie równają, bo tam też ostatnio same plotki – nawet nie zawsze związane z muzyką. 

Jeżeli miałbym się doszukiwać w polsce jakiejś nowej jakości dziennikarstwa muzycznego i wymieniłbym tylko Newonce. Redaktor Kędzierski naprawdę widać, że ma pomysł na ciekawe medium. Daje zatrudnienie ciekawym ludziom, którzy tworzą świetną ramówkę. Wizerunkowo i marketingowo faktycznie ma to wszystko ręce i nogi i życzę im jak najlepiej – niech zaorają CGM do reszty, bo takiej kpiny dawno nie widziałem. 

Ja jestem jeszcze naiwny w tym wszystkim, bo staram się pesymistycznie nie myśleć, ale diagnoza jest jaka jest, że dziennikarstwo muzyczne w dużej mierze jest tylko czynnikiem terapeutycznym dla samych muzyków, którzy gdzieś na falach studenckich rozgłośni zdobywają nowych słuchaczy, mogą o sobie przeczytać na różnych fanpage’ach czy blogach o muzyce i zobaczyć, że ich twórczość ma sens – że ktoś tego jednak słucha i nawet tę muzykę chce komentować. Zaraz obok takich egoistycznych pobudek, jak samorealizacja – właśnie to jest obecnie jeden z głównych sensów mówienia o muzyce. Dawanie po prostu muzykom znać, że to co robią jest czegoś warte. I taki wydźwięk miała właśnie ostatnia audycja Powerslave Pawła Klimczaka, do której odsyłam, bo jest to godzinna dywagacja na temat branży muzycznej w polsce i na świecie. Dla osób zainteresowanych tematem na pewno będzie to interesujące. Zdaję sobie sprawę, że grono odbiorców niszowego dziennikarstwa jest mocno zawężone i w tych realiach szczególnie deprymujące jest to, że wielkie redakcje nie dają żadnego przykładu. Ktoś przecież musi wyznaczać poziom i być inspiracją dla młodych twórców. I kto ma tą inspiracją być jak nie legendarny CGM? 

Jestem kompletnie zawiedziony i wręcz mnie to dobija. Bo skoro największe portale nie dbają o poprawność językową newsów, a ich formaty mówione są asłuchalne, to jaki dziennikarze amatorzy, mówiący czy to o sporcie, czy to o polityce, czy o muzyce – robiący to w ramach własnych podcastów, blogów czy udzielając się gdzieś w niszowych rozgłośniach radiowych – zwykle na własny koszt, mają mieć jakiekolwiek ambicje i gdzie mają odnajdywać sens swoich działań. Poświęcają swój własny czas i nic oprócz satysfakcji z tego nie mają – a widzą, że największe opiniotwórcze serwisy, dysponujące odpowiednimi środkami finansowymi – mają gdzieś jakąkolwiek, chociaż podstawową jakość, to naprawdę może odechcieć się wszystkiego.  Ale może z drugiej strony, jest to właśnie budujące. Fakt, że dysponujemy takim narybkiem, który dba o jakość merytoryczną oraz techniczną. I może w przyszłości ta rzesza ludzi przejmie te wielkie molochy. 

 

Powyższe rozważania są transkrypcją #13 odcinka mojego podcastu. Do odsłuchania we wszystkich popularnych serwisach streamingowych.